Czasem uda mi się uszyć coś dla własnego dziecka. W ten sposób M. jesienią wzbogacił garderobę o szykowne płaszczyki, idealne do
brodzenia w kałużach, łupania orzechów i macania wszystkich kamieni w
zasięgu wzroku ;-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płaszczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płaszczyk. Pokaż wszystkie posty
piątek, 5 stycznia 2018
niedziela, 2 listopada 2014
Między Matrixem i Cenobitą
Kolejna zeszłoroczna historia odzieżowa ponownie zaczyna się w czasach wczesnoszczenięcych, czyli tak z 15 lat temu.
Marzył mi się skórzany płaszcz. Czarny. O mojej nonszalancji w kwestii ubioru już pisałam, nikogo nie zdziwi więc, że, kiedy już w lokalnym lumpie dopadłam takowy, nie przeszkadzało mi, że ma rozmiar 56, jest męski i ciężki, jak franca. Nosiłam z uporem maniaka przez kilka ładnych lat liceum i studiów, po czym przestałam. Dotarł do mnie ciężar właściwy ubioru… No i załóż tu takiego grata do szpilek!
Płaszcz wisiał, a lata mijały.
Zachęcona sukcesem w postaci skórzano-wełnianej kurtki, postanowiłam ten sam manewr wykonać ponownie i zabrałam się z entuzjazmem za prucie płaszcza. Entuzjazm ów musiałam zresztą hamować, żeby nie podrzeć całej nadgryzionej, a nawet lekko przeżutej zębem czasu skóry. Uzbrojona w doświadczenie zawczasu dopasowałam do niej wełnianą flanelę na brakujące elementy modelu 119 z Burdy 9/2012 i dobrałam pikowaną podszewkę, bo płaszczyk miał być już bardziej zimowy. I w ogóle to miał się nadawać do filharmonii. I do pubu. Oraz na firmową wigilię.
Do sztukowania też podeszłam bardziej metodycznie, rozplanowałam tak, żeby łączenia wypadały w tych samych miejscach, przez co wyglądają, jakby zostały przewidziane przez projektanta. A nie zostały!
Najwyraźniej również dopasowanie płaszcza do wymogów kobiecej figury nie zostało przewidziane (potwierdza to koleżanka, która równolegle i zupełnie niezależnie od moich planów postanowiła ten wykrój wykorzystać na wełniany płaszczyk – leży nieskończony do dziś). Ale gdyby komuś odpowiadał image SS-mana – wykrój jest w sam raz! Zapewnia stosownie przesadną ilość luzu w talii i gwarantuje zniekształcenie sylwetki w prawie takim samym stopniu, co ten mój stary płaszcz. Ryngraf na szyję i można się starać o rolę nazisty w dowolnym filmie wojennym (wersja skórzana), względnie ofiary działań najeźdźcy, w tej samej branży (wersja wełniana).
Fakt, że nie porzuciłam kariery profesjonalnego psychologa i amatorskiej krawcowej na rzecz przemysłu filmowego, zawdzięczam dodaniu sporych (naprawdę sporych! Łącznie wykroiłam dobre 10 cm) wcięć w talii i przesunięciu zamka tak, żeby zapięcie wypadało z boku, jak w ramonesce, a nie na środku, jak w oryginalnym wykroju.
I teraz jest git!
Chociaż w pewnym świetle kojarzy mi się z formą przejściową między ciuchami z Matrix’a i Hellriser’a… ;-) Ale sprawdza się doskonale w tych wszystkich miejscach, które dla niego przewidywałam, zaś przegląd aktualnych trendów wskazuje, że połączenie wełny ze skórą stawia mnie w jednym rzędzie z modowymi celebrytami :-)
niedziela, 24 marca 2013
płaszyk do torebki
Słowo się rzekło, była kopertówka, musi być i płaszczyk. Burda 3/2012, model 110, bez podszewki, więc szyło się dziecinnie prosto. Bardzo dumna z niego jestem, mimo że przez własną głupotę skurczyłam go przy prasowaniu zbytnim entuzjazmem w doborze temperatury. Na szczęście tkanina nie zbiegła się na tyle, żebym nie mogła się w niego wbić, a nowa linia wyeliminowała przynajmniej temat zapięcia ;) W planach mam powtórzenie modelu w wersji codzienno-wiosennej, może bez kurczenia tym razem. Biorąc pod uwagę ostatnie prognozy, mam duże szanse załapać się na tegoroczną wiosnę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




