Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bluzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bluzka. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 lipca 2018

Na lato

Upały na chwilę odpuściły, ale z pewnością jeszcze wrócą - na ten moment Ania i jej dzieci są już przygotowane :-D
Muślin i wzorzysty jersey polecają się na lato.




środa, 1 listopada 2017

Takie same, ale trochę inne

Kiedy znajdę wykrój, który dobrze leży i w dodatku szyje się praktycznie sam, powtarzam go w niezliczonej ilości wersji... Sweet Tee wg wyroju P4P jest teraz jednym z moich ulubionych ciuchów :-)









czwartek, 10 marca 2016

Jak tu nie kochać dzianin??

31 października  roku pańskiego 2011, wczesnym rankiem (a nawet w środku nocy), czerwony fiat 126p wtoczył się na drogę krajową nr 25. W maluchu siedziały dwie nieprzytomne jednostki, przy czym jedna miała w perspektywie osiem godzin w pracy, a druga starała się utrzymać między liniami na jezdni i nie wjechać w niczyją dupę. Romantyzmu dodawała scenerii mgła, obficie zalegająca na przydrożnych polach, nadrożnych słupach i między samochodami. Piętnaście minut później maluch parkował pod kaliskim Lidlem i w tym momencie jednostka pierwsza podejrzanie żwawo, jak na tę nieprzytomną porę wyskoczyła z bolida, kurcgalopkiem przecięła pustawy parking i energicznie zaszturmowała sklepowe drzwi, zaś jednostka druga oddała się upojnemu zamykaniu drzwi malucha, co nie było łatwe, gdyż drzwi rzeczonego wozu posiadały życie wewnętrzne i ani myślały się zamykać. Dopchanie się jednostki pierwszej do upragnionego celu nie stanowiło problemu, bowiem obecne w sklepie osoby płci żeńskiej (wcale nie tak nieliczne, biorąc pod uwagę porę dnia, a nawet nocy) wbrew pesymistycznym oczekiwaniom, grzebały w skarpetkach, czy innych gatkach, kompletnie ignorując pozostałe dobra i jednostka mogła sobie wybierać do woli między dziesięcioma na oko identycznymi kartonami. Po kolejnych dziesięciu minutach jednostki opuściły sklep, pierwsza z objęciami wypełnionymi overlockiem SilverCrest i z bananem na nieprzytomnej twarzy, druga zaś z bananem i poczuciem spełnionej misji, po czym zgodnie udały się na herbatę i śniadanie, a godzina była 7:20, więc sekretarka Ania zdziwiła się ogromnie widząc jednostkę pierwszą w pracy, ale wyjaśnienie przyjęła bez zastrzeżeń i z dużą dozą sympatii.

W ten oto sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką mrocznego przedmiotu pożądania, na którym bez opamiętania produkuję od tamtego czasu różne uszytki, szczególnie upodobując sobie dzianiny, bez których nie wyobrażam już sobie życia.

Na fali szału zakupowego, który mnie co jakiś czas ogarnia, nabyłam metodą kupna wzorzyste dzianiny w nietypowym, jak na mnie, szarym kolorze. Nietypowym, bo zazwyczaj wyglądam w nim jak wyprana w vanishu i cała jakby szarzeję, ale okazuje się, że dodatek wzorków pozytywnie wpływa na wizerunek i wybitnie poprawia prezencję. Dlatego uszyłam sobie z nich sukienki, które w newralgicznym okresie doskonale sprawdziły się również jako ubrania ciążowe. I jak tu nie kochać dzianin??

  
 

Obie kiece to mój ulubiony wykrój 22 z Diany 3/2012, doskonały do wzorzystych materiałów ze względu na małą ilość cięć. Z tego samego względu idealny wręcz na krawieckiego lenia, kiedy to chciałoby się mieć coś nowego, ale bez kilkudniowej pracy.

 

Za to ta zielona dzianina była już na regale i chyba nawet kupiłam ją na tę sukienkę – 136 z Burdy 11/2012. Model jest dla tych niezwykłych kobiet z wielkim biustem (względnie z potężnymi ramionami) i małym tyłkiem – czyli nie dla mnie, o czym przekonałam się, kiedy próbowałam go na siebie założyć. Tzn. technicznie to w niego weszłam, ale ruszać się już nie mogłam, siadanie było wielce ryzykowne i doskonale było widać, które majty mam na sobie. Poratowałam się zatem w mój ulubiony sposób – doszywając wstawki na bokach, kontrastowe, żeby wyglądało, jakby tak miało być.

 

W jednym z kaliskich sklepów z tkaninami, wcale nie moim ulubionym, bo asortyment mają słaby jak kawa rozpuszczalna po trzecim zalaniu, ale za to mają niskie ceny, znalazłam przypadkiem dzianinowy kupon. Był mój zaraz po tym, jak odstałam w kolejce dobry kwadrans, uspokajając co chwila tupiącą ze zniecierpliwieniem, głodną i spragnioną kawy mamę, bo
- pani przede mną nie mogła się zdecydować, co właściwie chce kupić,
- pani sprzedawczyni wykazywała niską ruchliwość…
- …oraz zerową asertywność, bo nie powiedziała tej pierwszej, żeby sobie pochodziła po sklepie i pooglądała, tylko konwersowała z nią przy kasie na temat „różnic między białym i ecru i czy czarna koronka to będzie do tego pasować? A może tamten złoty łańcuch byłby lepszy? A może oba? I jeszcze ta taśma z pomponami!”, nie bacząc na nasze mordercze spojrzenia i coraz większy syk wydobywający się nam zza zębów (w zastępstwie pary z uszu, na parę było zdecydowanie za ciepło),
a miałam należne 17zł odliczone i gotowe do położenia na ladzie i z tyłu głowy tłukło mi się coraz głośniej pytanie, dla kogóż, na litość, szyje taką brzydką sukienkę?!

 

Nie robiłam nawet wykroju, po prostu przycięłam z grubsza trapez, przymierzyłam, docięłam, co nie pasowało i już. Wydaje mi się, że szycie tej bluzki zajęło mniej czasu, niż nabywanie tkaniny…

 I wierzcie mi, dziś ta historia nie byłaby tak malownicza, bo:
- Czerwony maluch mamy rozkraczył się i od jakichś trzech lat czeka na naprawę, co jest szczególnie śmieszne, biorąc pod uwagę, że mój tata jest elektrykiem samochodowym;
- Ja sama jakieś trzy lata temu kupiłam sobie samochód i nie muszę już nikogo angażować do porannych polowań;
- Lidla zaczęli otwierać o 8:00…

czwartek, 9 października 2014

Szycie nowych ubrań, aby uniknąć prania.

Hasło "Noszenie bielizny na lewą stronę, by uniknąć prania" znane jest każdemu, kto grał w Karty Przeciwko Ludzkości (tym, co nie grali - polecam!). Ja stworzyłam jego własną wersję, stosowną do zainteresowań.

Czerwiec to był miesiąc, kiedy zamykano moją ulubioną knajpę. Zaś lipiec był miesiącem, kiedy kolejną (teraz już ulubioną) otwierano. Nie ma co ukrywać, że wiązało się to z całą serią imprez, następujących nierzadko dzień po dniu, oferujących zabawę do białego rana (i to nie jest figura retoryczna), taneczne wygibasy i wymagających stroju lekkiego, wygodnego, niezobowiązującego, maskującego poziom spocenia na parkiecie oraz to, co dzieje się moim brzuchem po choć jednym piwie. A co dopiero po kilku... No i oczywiście prezentującego niezwykły potencjał krawiecki, drzemiący w skromnym psychologu z prowincji.

Nie będę ściemniać, że się jakoś szczególnie wysilałam, wręcz przeciwnie - poszłam po linii najmniejszego oporu. Wykrój na bluzkę został już wypróbowany, sprawdzony, stosownie dostosowany i okazał się nie tylko wybitnie twarzowym, uniwersalnym, ale i prostym, a także, co najważniejsze, maksymalnie prostym i niewymagającym czasowo. Wizyty w ulubionym sklepie z dzianinami, realizowane najczęściej rankiem po imprezie i kilkanaście godzin przed kolejną, nieodmiennie dostarczały materiału na kolejne zachwycające egzemplarze i nawet realizacja owych egzemplarzy na lekkim kacu nie dostarczała szczególnych trudności.

W ten sposób hasło "Szycie nowych ciuchów, by uniknąć prania" stało się ciałem. Ciuchem. 







 Bez kitu - rzadko udaje mi się uszyć coś tak uniwersalnego. Bluzki pasują do spodni, spódnic, marynarek i swetrów. Do pracy, na imprezy i na urlop nad morzem. Łatwo się piorą. Szybko schną. Po zdjęciu z wieszaka natychmiast nadają się do ponownego założenia, bo nie wymagają prasowania. Nie przesadzę mówiąc, że, od czasu uszycia, noszę je bez przerwy.

czwartek, 25 września 2014

Jak się uprę... vol. 2

Po uszyciu kiecki został mi jeszcze piękny kupon, zachwycający border, w sam raz na bluzkę. No, technicznie mówiąc to trochę za mały, żeby się w owej bluzce pokazać na ulicy, bo kończyłaby się na wysokości talii, a w moim wieku... Ale gdzie jest wola, jest i sposób!

Znów rzuciłam się do regału, przymierzyłam kilka obecnych tam dzianin, pomedytowałam nad różnymi zestawieniami i koniec końców wybrałam przepiękną butelkową zieleń (z tego, co pamiętam, nabytą metodą kupna na wielkim Alu). Szablon robiłam przerabiając jakiś stary wykrój na bluzkę (najprawdopodobniej model 7A z Szycia krok po korku 1/2012). Górą pogłębiłam dekolt, dołem przedłużyłam, środkiem wytaliowałam... Możliwe, że przedłużyłam też szwy ramion... Więcej zmian nie pamiętam...

Skroiłam tak, żeby łączenie wypadało na wysokości talii, pozszywałam, brzegi wykończyłam ściegiem rulonowym i już!



Zaprezentowałam się w niej na najbliższym karaoke, gwałtownie podnosząc poziom zazdrości u koleżanki kochającej się bez pamięci w turkusach i narażając na szwank tę cenną znajomość.

A żeby do końca wykorzystać potencjał przecudnej tkaniny, paski, które skroiłam w celu zrobienia lamówki do sukienki, a których ostatecznie nie użyłam, dorzuciłam do dwóch kolejnych bluzek, według tego samego wykroju, bo wybitnie mi podpasował.







I w ten sposób mój plan konfekcyjny, stworzony przy okazji budzących grozę przygód z nabywaniem dzianiny, wypełniłam w 200% - z kuponu 130 cm na 150 cm powstała sukienka i trzy bluzki :-)

ps.: A przecież po tym, jak ją skracałam, to został mi kolejny aż proszący się o wykorzystanie pasek ;-)
ps2.: A takich bluzek uszyłam później jeszcze kilka... o tym też Wam wkrótce opowiem...

sobota, 14 września 2013

ubluzkowienie

Klęska urodzaju bluzkowego. Po spontanicznych zakupach zeszłorocznej wiosny odkryłam, że to bardzo przydatna część garderoby i postanowiłam popełnić kilka własnych.

Burda 5/2012, model 110B, z tym, że nie kroiłam po skosie, a prosto. Model jest przedziwny - dla kobiet z gigantycznym biustem, ale bez bioder. Żeby się ładniej układała, dodałam pęknięcia po bokach, inaczej zatrzymywała się i wypuczała na wyjątkowo mało twarzowej wysokości. Z uwagi na wyjątkową obszerność świetnie sprawdza się w czasie upałów.



Burda 4/2013, model 106. Przemiła długość, bardzo ładnie się układa. Nauczona poprzedniczką już zawczasu dodałam małe pęknięcia, choć były tu zdecydowanie mniej potrzebne.



Szycie krok po korku 1/2012, model 7A, przedłużony o listwę na dole, bez niej przy byle ruchu wyłaził na wierzch pępek z przyległościami. Po tej zmianie - szalenie komfortowy ciuch. 



I pomyśleć, że kiedyś nie lubiłam łączek... ;)

czwartek, 31 maja 2012

Krasnoludki wynajmę!

Ciągle mam jakieś zaległości do nadrabiania... Jak nie w szyciu, to w zdjęciach, ma ktoś na zbyciu uzdolnione fotograficznie krasnoludki? 
 Bluzka bardzo zaległa - szyta w pierwsze święto Bożego Narodzenia! Daje to niezłe świadectwo mojej systematyczności... Burda 10/2011, model 121. Fantastyczna w noszeniu, w szyciu jakby trochę mniej (krepa wiskozowo-jedwabna zapewniła mało zabawny poślizg), a o prasowaniu lepiej nie pisać (falbany, jak ja nienawidzę prasowania falban...). Za to efekt w towarzystwie - bezcenny. Przez bardzo głęboki dekolt wymaga koszulki pod spód, jeśli okazja nie jest okołołóżkowa.

Torebka z filcu, wariacja projektu Amy Butler ("Style stitches"), moja pierwsza i całkiem własna - te pokazywane dotychczas to de facto jej następczynie, a ona sama jest sprawczynią całego zamieszania:
Ozdobiona kwiatkami z "Fashion beadz", które kocham miłością wielką - dzięki za nie Tobi!
Jak to bywa z prototypami, wymaga przeróbek, przede wszystkim rączek, te się strasznie rozciągają (nieusztywniony filc 400g/m2 to nie jest najlepszy pomysł do tej roli). Mam już na oku gotowe uchwyty, które będą doskonale pasować i nie zawaham się ich kupić w najbliższym czasie.

Torbiszon wg projektu Lisy Lam ("The bag making bible"), lekko zmodyfikowanego w temacie rączek.
Torba jest na ocieplinie, która nadaje jej fajnego puchatego wyglądu:

Last, but not least - torebka na konkurs na forum szyciowym. Wywalczyła drugie miejsce! To swobodna wariacja na temat projektu z książki "Patchworkowe torebki" Ellen Kharade.
W niej też pewnie będę wymieniać rączki, na tych torba się trochę przemieszcza w trakcie noszenia...

niedziela, 2 października 2011

Ostatnie letnie wytworki

Żakiet z Diany 2/2011 (model 25) - bardzo uniwersalny ciuszek się z niego zrobił, szczególnie, że to mój jedyny żakiet z krótkim rękawem:

Bluzka kimonowa (Burda 6/2011, model 121 B) - tutaj wersja z satyny jedwabnej (jak ja się naklęłam przy szyciu!), czeka na doszycie troczków w środku, bo przy noszeniu śliski materiał ujawnia wszem i wobec moje wdzięki. Mam jeszcze dwie bawełniane (przy nich klęłam znacznie mniej), używane "podomowo", a nawet jako pidżama.


Recyclingowa tunika z koszuli razem ze spodenkami z Burdy 5/2011 (model 105), moimi pierwszymi w ogóle, więc niemalże dziewiczymi ;)


Mój jedyny, jak narazie (niewykluczone, że w ogóle), haft - bo nienawidzę szycia ręcznego... Ale bluzkę chciałam ozdobić, to się poświęciłam dla sprawy...

 
Czas przerzucić się na grubsze tkaniny!

środa, 14 września 2011

przeróbki jesienne

Kolejne recyclingowe ciuchy - dawno już zrobione, ale dopiero teraz pogoda umożliwia ich pokazanie bez spocenia się na samą myśl o ubraniu.

Spódnica wełniana - intensywnie skrócona i pozbawiona pseudomeksykańskiej wstawki (która zostanie oczywiście stosownie wykorzystana w stosownym czasie) i frędzli (które wykorzystane zostaną być może...), z dodanymi ważkami z koralików. Wbrew obawom nie wygląda z owadami zbyt frywolnie i przystoi również "pani od psychologii" ;) Bluzka z długaśnej koszuli, znacznie zwężona, z dodanym wiązaniem i wymienionymi guzikami - to oficjalny debiut moich guzików (pękam z dumy). 



Druga spódnica, z cienkiego sztruksu - w oryginale była (mimo stosunkowo dużego rozmiaru) absurdalnie wąska i miała rozpierdzielnik od kostek do kolan, który po dwóch krokach samorzutnie wydłużał się sięgając połowy ud. A ponieważ nie lubię świecić majtami, spacyfikowałam ciuch wstawką z wełny parzonej i koronką dla kontrastu, a przy okazji skróciłam, żeby dało się w nim swobodnie chodzić i wyczyniać inne cuda (np. biegi przełajowe na autobus). Bluzka z powiększonym-i-zmiejszonym dekoltem i kwiatkami z mojego ukochanego hana-ami.


 Bluzka - w oryginale kangurka z dekoltem typu duszącego. Zamieniłam kieszeń na aplikację i dodałam wyściółkę kaptura (który pełni funkcję stricte ozdobną, bo mieści się w nim zaledwie płat potyliczny), powiększając nieco rozcięcie z przodu dla zwiększenia komfortu użytkowania.
 

wtorek, 30 sierpnia 2011

pszczółki i hawajka

Bluzeczki z Burdy 6/2011 (model 106). Przedłużane, bo oryginał jest ewidentnie dla tych, co lubią mieć pępek na wierzchu.

W wersji lnianej i z przerabianą spódnicą (pszczółki są wyklejone koralikami + koronka + paski wełny na boczkach):


i bawełnianej, wybitnie letniej, określonej przez Geda mianem hawajki: