Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sukienka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sukienka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 stycznia 2018
wtorek, 23 stycznia 2018
sobota, 6 stycznia 2018
niedziela, 19 listopada 2017
Elegancko i w motyle
Matce karmiącej zdarza się wyjść z domu bez dziecka. Do pracy. Do
Biedry. A czasem nawet na koncert! A taka okazja aż się prosi o nową
sukienkę...
niedziela, 12 listopada 2017
Muszę, bo się uduszę
Znajduję czasem (no dobra, często...) takie materiały, że po prostu
muszę, bo się uduszę. Nie podoba mi się perspektywa uduszenia. I dlatego
właśnie sukienki za chwilę przestaną mieścić mi się w szafie :-D
sobota, 4 listopada 2017
Salsa!
Kiedy matka karmiąca urywa się z domu i wychodzi potańczyć... ma pretekst, żeby uszyć sobie sukienkę :-D
poniedziałek, 16 października 2017
piątek, 9 czerwca 2017
wtorek, 2 maja 2017
Kropki, kropki wszędzie!
Matka karmiąca wybiera się na tańce. Staje przed szafą i, oczywiście,
nie ma się w co ubrać! Ale gdzie wola, jest i sposób, a kropeczki są pod
ręką i akurat pasują do okazji.
Sukienka na bazie burdowego wykroju, przerobionego tak, że tyko zaszewki są tam, gdzie były w oryginale ;-)
Sukienka na bazie burdowego wykroju, przerobionego tak, że tyko zaszewki są tam, gdzie były w oryginale ;-)
czwartek, 10 marca 2016
Jak tu nie kochać dzianin??
31
października roku pańskiego 2011, wczesnym
rankiem (a nawet w środku nocy), czerwony fiat 126p wtoczył się na drogę
krajową nr 25. W maluchu siedziały dwie nieprzytomne jednostki, przy czym jedna
miała w perspektywie osiem godzin w pracy, a druga starała się utrzymać między
liniami na jezdni i nie wjechać w niczyją dupę. Romantyzmu dodawała scenerii
mgła, obficie zalegająca na przydrożnych polach, nadrożnych słupach i między
samochodami. Piętnaście minut później maluch parkował pod kaliskim Lidlem i w
tym momencie jednostka pierwsza podejrzanie żwawo, jak na tę nieprzytomną porę
wyskoczyła z bolida, kurcgalopkiem przecięła pustawy parking i energicznie
zaszturmowała sklepowe drzwi, zaś jednostka druga oddała się upojnemu zamykaniu
drzwi malucha, co nie było łatwe, gdyż drzwi rzeczonego wozu posiadały życie
wewnętrzne i ani myślały się zamykać. Dopchanie się jednostki pierwszej do
upragnionego celu nie stanowiło problemu, bowiem obecne w sklepie osoby płci
żeńskiej (wcale nie tak nieliczne, biorąc pod uwagę porę dnia, a nawet nocy) wbrew
pesymistycznym oczekiwaniom, grzebały w skarpetkach, czy innych gatkach,
kompletnie ignorując pozostałe dobra i jednostka mogła sobie wybierać do woli
między dziesięcioma na oko identycznymi kartonami. Po kolejnych dziesięciu
minutach jednostki opuściły sklep, pierwsza z objęciami wypełnionymi overlockiem
SilverCrest i z bananem na nieprzytomnej twarzy, druga zaś z bananem i
poczuciem spełnionej misji, po czym zgodnie udały się na herbatę i śniadanie, a
godzina była 7:20, więc sekretarka Ania zdziwiła się ogromnie widząc jednostkę
pierwszą w pracy, ale wyjaśnienie przyjęła bez zastrzeżeń i z dużą dozą
sympatii.
W
ten oto sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką mrocznego przedmiotu pożądania,
na którym bez opamiętania produkuję od tamtego czasu różne uszytki, szczególnie
upodobując sobie dzianiny, bez których nie wyobrażam już sobie życia.
Na
fali szału zakupowego, który mnie co jakiś czas ogarnia, nabyłam metodą kupna
wzorzyste dzianiny w nietypowym, jak na mnie, szarym kolorze. Nietypowym, bo
zazwyczaj wyglądam w nim jak wyprana w vanishu i cała jakby szarzeję, ale
okazuje się, że dodatek wzorków pozytywnie wpływa na wizerunek i wybitnie
poprawia prezencję. Dlatego uszyłam sobie z nich sukienki, które w
newralgicznym okresie doskonale sprawdziły się również jako ubrania ciążowe. I
jak tu nie kochać dzianin??
Obie
kiece to mój ulubiony wykrój 22 z Diany 3/2012, doskonały do wzorzystych
materiałów ze względu na małą ilość cięć. Z tego samego względu idealny wręcz
na krawieckiego lenia, kiedy to chciałoby się mieć coś nowego, ale bez
kilkudniowej pracy.
Za
to ta zielona dzianina była już na regale i chyba nawet kupiłam ją na tę
sukienkę – 136 z Burdy 11/2012. Model jest dla tych niezwykłych kobiet z
wielkim biustem (względnie z potężnymi ramionami) i małym tyłkiem – czyli nie
dla mnie, o czym przekonałam się, kiedy próbowałam go na siebie założyć. Tzn.
technicznie to w niego weszłam, ale ruszać się już nie mogłam, siadanie było
wielce ryzykowne i doskonale było widać, które majty mam na sobie. Poratowałam
się zatem w mój ulubiony sposób – doszywając wstawki na bokach, kontrastowe,
żeby wyglądało, jakby tak miało być.
W
jednym z kaliskich sklepów z tkaninami, wcale nie moim ulubionym, bo asortyment
mają słaby jak kawa rozpuszczalna po trzecim zalaniu, ale za to mają niskie
ceny, znalazłam przypadkiem dzianinowy kupon. Był mój zaraz po tym, jak
odstałam w kolejce dobry kwadrans, uspokajając co chwila tupiącą ze
zniecierpliwieniem, głodną i spragnioną kawy mamę, bo
- pani
przede mną nie mogła się zdecydować, co właściwie chce kupić,
- pani
sprzedawczyni wykazywała niską ruchliwość…
- …oraz
zerową asertywność, bo nie powiedziała tej pierwszej, żeby sobie pochodziła po
sklepie i pooglądała, tylko konwersowała z nią przy kasie na temat „różnic
między białym i ecru i czy czarna koronka to będzie do tego pasować? A może
tamten złoty łańcuch byłby lepszy? A może oba? I jeszcze ta taśma z pomponami!”,
nie bacząc na nasze mordercze spojrzenia i coraz większy syk wydobywający się nam
zza zębów (w zastępstwie pary z uszu, na parę było zdecydowanie za ciepło),
a
miałam należne 17zł odliczone i gotowe do położenia na ladzie i z tyłu głowy
tłukło mi się coraz głośniej pytanie, dla kogóż, na litość, szyje taką brzydką
sukienkę?!
Nie
robiłam nawet wykroju, po prostu przycięłam z grubsza trapez, przymierzyłam,
docięłam, co nie pasowało i już. Wydaje mi się, że szycie tej bluzki zajęło
mniej czasu, niż nabywanie tkaniny…
I wierzcie mi, dziś ta historia nie byłaby tak
malownicza, bo:
- Czerwony
maluch mamy rozkraczył się i od jakichś trzech lat czeka na naprawę, co
jest szczególnie śmieszne, biorąc pod uwagę, że mój tata jest elektrykiem
samochodowym;
- Ja
sama jakieś trzy lata temu kupiłam sobie samochód i nie muszę już nikogo
angażować do porannych polowań;
- Lidla
zaczęli otwierać o 8:00…
sobota, 14 lutego 2015
Wyjątkowo
Nie
da się ukryć, że odkąd mam overlocka, dzianiny są jednym z moich ulubionych
surowców. Szyje się z nich wyjątkowo szybko, noszą się wyjątkowo wygodnie, są
wyjątkowo przewiewne i nawet, jeśli się w nich upocę, jak ostatnia, wyjątkowo
szybko schną i nadają się do ponownego użytku. Któregoś lata zrobiłam ich taki
zapas, że sporą część mam do dziś i tak sobie co jakiś czas sięgam i produkuję
kolejne egzemplarze. Wyjątkowe.
Do
wyjątkowo nieudanych sukienek ever zaliczam tę w zielone paski, to przerobiony
model 107 z Burdy 6/2011. Dodałam w nim zaszewki, przedłużyłam szwy ramion do
rękawów kimonowych i zaokrągliłam dekolt, tym razem trochę go zmniejszając (z
tego co pamiętam, oryginalnie to jest sukienka o linii A, a dekoltem w sam raz
do pokazywania wszystkiego, co mamy najlepsze, na przykład majtek). Na
manekinie wygląda sympatycznie, na mnie jednak niespecjalnie i nawet nie
potrafię określić dlaczego – może nie te kolory, może nie taki krój, może
brakuje jakiegoś kontrapunktu. Dopóki nie rozkminię, co mi nie pasuje i jak ją
uratować, używam jako ciucha domowego, bo w domu przecież też w czymś chodzić
trzeba, nawet latem. Wszystkie
podłożenia przestębnowane są moim ulubionym silverkowym ściegiem z gatunku
elastycznych i ozdobnych.
Do
wyjątkowo udanych z kolei mogę zaliczyć tę w różowe paski, to model 22 z Diany
3/2012, bez przeróbek większych, niż szeroka plisa przy rękawach, zamiast
lamówki. Bez zbędnej skromności powiem, że wyjątkowo mi w niej do twarzy
(również nie wiem czemu, może to zasługa kroju, a może zestawienia kolorów).
Jedno jest pewne – te francuskie zaszewki pięknie modelują sylwetkę! Nosiłam tę
kieckę niezliczoną ilość razy i w zasadzie zaraz po praniu wciągam ją na siebie
ponownie. Lubię ją do tego stopnia, że używam cały rok, zimniejszą porą
wdziewając pod spód grube rajtki i halkę, a na wierzch zarzucając marynarkę. Zwracam
uwagę na wykończenie dekoltu – nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się tak
wymodelować plisę, że paski wyszły na skos, ale wygląda to wyjątkowo dobrze.
Wyjątkowo
młoda jest ta w pawie pióra. Wykrój to przedłużona tunika, będąca przedłużoną
bluzką, z tych, co to je seryjnie produkowałam latem. Tkanina oczywiście
napadła na mnie któregoś dnia w ulubionym sklepie, omotała, zachwyciła i już
nie mogłam wyjść bez niej. I nawet nie przeszkadza mi ten wężowy print
pojawiający się miejscami (zazwyczaj organicznie takich nie lubię i unikam, jak
ognia), bo przecież te pióra! Rozważam dodanie jej jakichś zaszewek na plecach,
żeby trochę bardziej zaznaczyć talię, bo jest, mimo wcięcia na stosownej
wysokości, dość prosta od ramion do bioder (wcięcie jest bowiem niewielkie).
Wykończeń dla odmiany nie ma w niej żadnych, wszystkie krawędzie obrzucone są
tylko ściegiem rulonowym.
czwartek, 15 stycznia 2015
Popularne
Mam nieodparte wrażenie, że już każdy, kto sobie szyje ciuchy, ma tę kieckę. Niezwykła popularność wykroju 109 z Burdy 9/2012, spowodowana jest zapewne jego uniwersalnością, podatnością na modyfikacje i nieupierdliwością na czas szycia, których to cech miałam przyjemność doświadczyć, produkując własne egzemplarze.
Najpierw, zmuszona okazją, odkryłam w szafie brak ciemnej sukienki z długim rękawem. A był on niezbędny, był to bowiem listopad. Na szczęście, równolegle odkryłam na regale czarną, lekko elastyczną bawełnę w granatowe wzory (zgodnie z tradycją, nabytą w zupełnie innym celu), a wspomniany wcześniej wykrój sam się prosił o wykorzystanie. Lekko, łatwo i przyjemnie, w ciągu zaledwie jednego roboczego popołudnia, wyprodukowałam kieckę stosowną do okoliczności. Zgodnie z własnym lenistwem nie bawiłam się nawet w odszycia i podłożenia, tylko obszyłam wszystkie krawędzie lamówką i miałam spokój.
Najpierw, zmuszona okazją, odkryłam w szafie brak ciemnej sukienki z długim rękawem. A był on niezbędny, był to bowiem listopad. Na szczęście, równolegle odkryłam na regale czarną, lekko elastyczną bawełnę w granatowe wzory (zgodnie z tradycją, nabytą w zupełnie innym celu), a wspomniany wcześniej wykrój sam się prosił o wykorzystanie. Lekko, łatwo i przyjemnie, w ciągu zaledwie jednego roboczego popołudnia, wyprodukowałam kieckę stosowną do okoliczności. Zgodnie z własnym lenistwem nie bawiłam się nawet w odszycia i podłożenia, tylko obszyłam wszystkie krawędzie lamówką i miałam spokój.
Nic nie musiałam poprawiać w kluczowych elementach (choć nie dam głowy za dekolt…), wszystkie zaszewki trafiają bezbłędnie na miejsce, rękawy są bardzo dobrze wymodelowane i nie odstają niestosownie, sukienka w zasadzie uszyła się sama. Ma jednakowoż jeden minus, wynikający jednak z mojego, a nie wykroju, niedopatrzenia – użyta przeze mnie tkanina jest zbyt sztywna, więc kieca sterczy, opierając się u góry na biuście, a u dołu na tyłku, skutecznie ukrywając takie detale, jak talia (a jak się ma taki zad, jak ja, warto jednak zaznaczyć, że nie ciągnie się on nieprzerwanie od karku ;) ). Poskromiona paskiem ujawnia ją jednak, zaś wrodzona elastyczność materiału sprawia, że sukienka bardzo komfortowo się nosi (dzięki niej mogłabym sobie w zasadzie odpuścić zamek, i tak wciągam ją przez głowę bez rozpinania) i ujawnia ową uniwersalność, o której na początku wspominałam.
A ponieważ historia lubi się powtarzać, kiedy szukałam pomysłu na elegancką sukienkę na jesień i zimę, wyżej wspomniany wykrój sam do mnie zawołał i popełniłam kiecę ponownie, jako surowiec wykorzystując zasłonę dostarczoną kiedyś przez mamę (potwornie sztuczna i elektryzuje się, jak głupia, ale koloru i faktury po prostu nie mogłam przepuścić). Tym razem nie odmówiłam sobie kilku modyfikacji, spowodowanych tym, że się zmniejszyłam, a nie chciało mi się odrysowywać wykroju w mniejszym rozmiarze. Wstawiłam więc „na oko” zaszewki na tył i powiększyłam dekolt, przy okazji nadając mu inny kształt. Jak wszystko już wykroiłam, pospinałam i próbnie na siebie wrzuciłam, uznałam, że jednak przegięłam z wielkością zaszewek i tyłek to mi się wprawdzie do tej sukienki zmieści, ale siadanie będzie już czynem wysoce ryzykownym! Postanowiłam zaoszczędzić na szwach i zamku, ile tylko się da. Później okazało się, że niepotrzebnie, sukienka i tak umożliwia podstawowe akrobacje typu chodzenie po schodach i siadanie, ale dzięki temu i tak widoczny zamek, zyskał dodatkową wartość ozdobną.
To jest zresztą jego jedyna funkcja, okazało się bowiem, że tego egzemplarza, mimo odjęcia kilku centymetrów w obwodzie i całkowicie nieelastycznego materiału, również nie muszę rozpinać… Przy okazji zapieczętowałam więc górę, żeby mi się taśmy nie rozłaziły, dodając całości dodatkowej ozdobności.
Początkowo sukienkę zdobiła na dole szeroka koronka. Ponieważ jednak była bawełniana, w praniu ujawniła tendencję do kurczenia się, podstawowy materiał miał zaś te fanaberie w pompie i odmówił współkurczenia. Po trzech praniach różnica w wymiarach stała się tak istotna, że zdefasonowała mi ciuch, wyprułam więc koronkę, dodając w zamian w celach ozdobnych ozdobne szwy na krawędziach. Zdublowała mi się przez to stębnówka, na szczęście ta pierwsza nie jest specjalnie widoczna, chyba, że ktoś wyjątkowo blisko podejdzie i będzie się wyjątkowo bacznie przyglądał dekoltowi. Ale bądźmy szczerzy, jak już się ktoś dekoltowi wyjątkowo bacznie przygląda, to nie o stębnówkę mu chodzi. Zwłaszcza z wyjątkowo bliska…
Początkowo sukienkę zdobiła na dole szeroka koronka. Ponieważ jednak była bawełniana, w praniu ujawniła tendencję do kurczenia się, podstawowy materiał miał zaś te fanaberie w pompie i odmówił współkurczenia. Po trzech praniach różnica w wymiarach stała się tak istotna, że zdefasonowała mi ciuch, wyprułam więc koronkę, dodając w zamian w celach ozdobnych ozdobne szwy na krawędziach. Zdublowała mi się przez to stębnówka, na szczęście ta pierwsza nie jest specjalnie widoczna, chyba, że ktoś wyjątkowo blisko podejdzie i będzie się wyjątkowo bacznie przyglądał dekoltowi. Ale bądźmy szczerzy, jak już się ktoś dekoltowi wyjątkowo bacznie przygląda, to nie o stębnówkę mu chodzi. Zwłaszcza z wyjątkowo bliska…
Tkanina, mimo całej swojej sztuczności, jest bardzo miękka i ładnie się układa. Sukienka nie wymaga więc paska, dzięki zaszewkom zyskała kształt sugerujący, że posiadam talię i nie zawaham się jej użyć. Ale gdybym chciała jej używać bardziej, to nie ma sprawy, z paskiem też dobrze wygląda!
niedziela, 16 listopada 2014
Powtórka z rozrywki z katastrofą klimatyczną w tle.
Historia
wyjątkowo świeża (czyli zaledwie półroczna), która w tle ma burzę z piorunami i
innymi szykanami.
Długo
miałam skrywaną głęboko perwersyjną chęć udania się do mojej ulubionej knajpy w
pełnym rynsztunku, czyli w szpilkach. No, nie tylko w szpilkach, kieckę też
chciałam mieć na sobie, bo za dużo byłych uczniów spotykam w odwiedzanych
przeze mnie lokalach, żeby móc tam paradować w dezabilu. Była to jednak chęć
wyjątkowo niepraktyczna, bo chodzenie w szpilkach po pijaku musi się skończyć
co najmniej złamaniem kostki, więc zawsze wybierałam mniej niebezpieczne obuwie,
albo wręcz przebierałam gdzieś po drodze, jeśli wieczór startował elegancko, a
później się staczał…
Okazja
na tę perwersję nadarzyła się jednak wiosną, a konkretnie 23 maja, kiedy to, po
koncercie początkowo obiecującym i podniecającym, a w ostatecznym rozrachunku –
nudnym i rozczarowującym, stwierdziłyśmy z koleżanką, że nie da rady, trzeba
się napić i szpilki nam w tym nie przeszkodzą, najwyżej zdejmiemy, gdyby miało
dochodzić do ekscesów typu taniec na stole. Nie doszło, spędziłyśmy za to
przemiły wieczór grając ze znajomymi barmanami w Quirkle, więc wróciłyśmy w
doskonałym nastroju gdzieś w okolicach piątej nad ranem.
Odbywający
się następnego dnia następny koncert obiecywał kolejne przeżycia estetyczne i
towarzyskie, a chodzenie w szpilkach po bruku kaliskiego rynku i schodzenie w
nich bez uszkadzania się po schodach usytuowanych w piwnicach lokali zaczęło mi
wchodzić w nawyk, zaś ze znajomymi barmanami byłyśmy umówione na następne granie.
Ale co tu do tych butów? Uznałam, jak zawsze, kiedy staję przed szafą pełną
ciuchów, że nie mam się w co ubrać! To jest dla mnie ogromny dylemat, co
założyć takiego, żeby pasowało zarówno do tych nieszczęsnych, acz prześlicznych
czarnych szpilek z czerwoną podeszwą, jak i do późniejszego knajpianego
klimatu, nie oszukujmy się, zdecydowanie mniej eleganckiego.
Szafa
nie podjęła współpracy.
Ale
skoro jest wola, jest i sposób, spojrzałam łakomie w czeluście mojego
magicznego regału magazynowego (on gdzieś musi mieć przejście do Narni, to jest
niemożliwe, żeby bez tego tyle szmat się na nim mieściło) i w chciwe oko wpadł
mi elastyczny dżins w kwiaty. Oczywiście kupiony z myślą o czymś zupełnie innym
i w ogóle to w dwóch metrowych kawałkach, bo takie akurat w sklepie były, a ja
nie mogłam się zdobyć na to, żeby któryś z nich tam zostawić samotnie. Ponieważ
godzina się zrobiła już późna (w końcu wcześniej musiałam się wyspać i zanim
odzyskałam moce poznawcze…), postanowiłam skorzystać z któregoś posiadanego już
wykroju, żeby nie tracić czasu na odrysowywanie. No i może udałoby mi się
wykorzystać tylko jeden kawałek, a drugi będę miała w zapasie…? Model 110 z Burdy
7/2011, będący jednym z moich ulubionych, spełniał powyższe warunki, tym
bardziej, że boki chciałam zrobić z czarnego lnu, dostępnego na regale w
stosownej ilości.
W
momencie, w którym ja siadałam do kiecki, koleżanka, z którą byłam na wieczór
umówiona, wyruszała na wycieczkę rowerową, z której miała wrócić do wieczora
tak, żebyśmy zdążyły stosownie wcześniej przyjechać na koncert, zająć wygodne
miejsca i ogólnie nastawić się na przeżycia artystyczne. Pogoda była
prześliczna, zapowiadając ciepły wieczór.
Jak
już miałam wszystko wycięte i obrzucone i zaczęłam się pod wąsem uśmiechać do przewidywanego
efektu końcowego, za oknem rozpętało się piekło. Burza z piorunami, wiatrem i
deszczem nie pozostawiała wątpliwości, że wieczór będzie ciepły tylko wówczas,
kiedy założę polarowe spodnie i przytulę się do kota, a jeszcze lepiej, jeśli
go do siebie przywiążę, albo wręcz wsadzę w te spodnie. Produkowałam jednak
wytrwale kolejne szwy, pełna nadziei, że zadzieje się cud. Tymczasem koleżankę
burza uwięziła u dziadków, skąd nie miała się jak wydostać, a co dopiero
dojechać na czas do domu, zrobić się na bóstwo i udać na koncert! Dobrze, że
miała przynajmniej dach nad głową, bo aura obiecywała potop i sugerowała, że
nie sukienkę powinnam szyć, a kostium płetwonurka. I budować arkę.
Mijały
minuty. Godziny. Eony. Sukienka zyskiwała zachwycający kształt, a Monika była
dalej uwięziona, bowiem burza nie odpuszczała. Najwyraźniej gotowa była trwać
do sądnego dnia, a co najmniej do jutra. Dobrze, że mam maszynę tyłem do okna,
to mnie przynajmniej nie doprowadzała widokiem zacinającego deszczu i gnących
się drzew do spiralnego wścieku i pozwalała trwać w niczym niewytłumaczalnej
nadziei, że uszytą garderobę będę mogła stosownie spożytkować jeszcze tego
właśnie wieczora, nie zaś w bliżej nieokreślonym czasie. Wycie wiatru i inne
odgłosy świadczące o tym, że za oknem mamy nie maj, a co najmniej listopad,
zagłuszałam głośną muzyką i terkotem maszyny, dzięki czemu nadal szyłam
sukienkę a nie płaszcz przeciwdeszczowy z futerkiem i miejscem na kota.
Czas
zaczął mi się jednak dramatycznie kurczyć (winię konieczność jedzenia, okazuje
się, że nie da się żyć wyłącznie nadzieją i światełkiem z maszyny, szczególnie
zaś odmawiają tego koty, kompletnie nierozumiejące targających pańcią
namiętności i domagające się karmienia, czyszczenia kuwety i miziania,
samolubne stworzenia, mrrr…) i kiedy zabierałam do wykończeń, czyli obszywania
pach i dołu lamówką ze skosa, stało się dla mnie jasne, że jest fizycznie
niemożliwe, żebym zdążyła doszyć wszystko i jeszcze wziąć prysznic i rzucić na
oblicze makijaż, chyba, że zacznę zaginać czasoprzestrzeń, albo coś zostawię
niewykończone. Na przykład umaluję tylko jedno oko.
Uprawiając
zaawansowany multitasking, jednocześnie szyłam, dokonywałam przeglądu szafy pod
kątem innych akceptowanych ciuchów i kontaktowałam się ze znajomymi, czy to
spotkanie godzinę przed koncertem jest na pewno wykonalne. Szczęściem, burza
trwała nadal, a towarzystwo dopiero teraz odzyskało nadzieję powrotu do
cywilizacji w postaci kolegi z samochodem, który, sam wcześniej uwięziony,
narażając bez mała życie, a co najmniej zdrowie, odzyskał wolność i rozpoczął
akcję ratunkową, w związku z czym spotkanie przesunięto, a ja zyskałam
brakujący mi do szczęścia czas.
Miło
mi donieść, że:
-
burza skończyła się nieco wcześniej, niż to wyglądało i umożliwiła rezygnację z
polarowego dresu i kota;
-
sukienka wzbudziła oczekiwane wrażenia i do dziś pozostaje jednym z moich
ulubionych ciuchów, zachwycając wręcz uniwersalnością;
-
koncert udał się znakomicie, przybycie na niego w ostatniej chwili zapewniło
nam stolik tuż pod sceną, dzięki czemu widoczność i słyszalność była doskonała,
my zaś mogliśmy stanowić niewielką, ale za to dobrze zorganizowaną grupę
gruppies;
-
jeśli chodzi o gry, to tego wieczoru prym wiodły Czarne Historie, zapewniające
rozrywkę do białego rana (i to nie jest figura retoryczna).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































